Ukryty smok i dziesięć pierścieni




Trzecia faza kinowego uniwersum Marvela zakończyła się mocnym uderzeniem, bitwą o niepowtarzalnej skali, która przy okazji była zwieńczeniem historii najważniejszych postaci. Kiedy obejrzałem Avengers: Koniec gry (2019) długo zastanawiałem się, czy oficjalna czwarta faza będzie w stanie udźwignąć ciężar, jaki spoczął na jej barkach. Potrzebowała solidnych filmów, postaci, które zastępując Iron Mana, Kapitana Amerykę oraz pozostałych bohaterów przesuniętych na dalszy plan (Hawkeye w przyszłości pojawi się we własnym serialu, na film z Thorem przyjdzie nam jeszcze trochę zaczekać, przyszłość Hulka to na razie plotki i poszlaki), sprawdzą się jako motor napędowy dla nowych opowieści, ale również zostawią trwały ślad w kulturze popularnej. Wydanej wcześniej w tym roku Czarnej Wdowy nie można potraktować jako filmu rozpoczynającego nową fazę kinowego uniwersum, bardziej jako produkcję poboczną, dopełniającą, która przy okazji zawodzi na wielu płaszczyznach. Pomińmy go więc i przejdźmy do następnego tytułu na planie wydawniczym Disney'a - Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni, produkcji oryginalnej i stanowiącej powiew świeżości, tak bardzo potrzebnej we wciąż sztywnych schematach Marvel Cinematic Universe. Główny bohater daje się poznać jako młody facet, parkingowy, dobry przyjaciel, miłośnik wypadów na piwo ze znajomymi, zakończonych wizytą w klubie z karaoke. Nie przypomina herosa, wygląda zwyczajnie i tak też stara się zachowywać, głęboko w sobie ukrywając bolesną przeszłość. Lata morderczych treningów, szkolenie na zabójcę, utratę matki czy fakt, że jego ojcem jest przywódca jednej z najpotężniejszych organizacji terrorystycznych, ale nawet na drugim końcu świata przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Kiedy ojciec Shang-Chi decyduje się zjednoczyć rozbitą rodzinę, przywracając do życia swoją żonę, chłopak zmuszony jest pogodzić się z porzuconą przed laty siostrą, ale również z samym sobą i odkryć moc, której nie był świadomy. Jego historia, będąca drogą do pełnego poznania, stanowi idealny pretekst do przedstawienia kolejnej już w MCU mitologii i zaprezentowania kultury chińskiej, zobrazowanej w sposób iście baśniowy.



Fabuła wpisuje się w przypowieść o mitycznej wiosce, od tysiącleci stojącej na straży świata, broniącej go przed zagrożeniem napływającym z rzeczywistości równoległych. Znaleźć tam można nie tylko wiedzę czy broń nieznaną ludzkości, ale również faunę i florę, zainspirowaną chińskimi legendami. To ona staje się głównym celem bohaterów i w niej rozegra się finał, obowiązkowy pojedynek dobra ze złem. I choć momentami CGI nie nadąża za skalą finału, wypada on świetnie, funduje zaskakujące doznania wizualne i pojedynki godne określenia spektakularnych. Reżyser, Destin Daniel Cretton, inspiruje się klasycznymi filmami sztuk walki. Nic więc dziwnego, że w scenach starć bohaterów czuć klimat filmów takich jak Przyczajony tygrys, ukryty smok (2000), Nieustraszony (2006) czy Dawno temu w Chinach (1991). Wypadają one efektownie, niezwykle czytelnie i zachwycająco, zwłaszcza kiedy poszczególne formy walki zaczynają przypominać układy taneczne, wykonywane w rytmie niezłej muzyki (scena w autobusie wbija w fotel). I tu warto wspomnieć, jak w tym wszystkim odnajdują się aktorzy, nie można bowiem oprzeć filmu na samych widowiskowych scenach, kiedy postaci nie potrafią zaangażować widza. Simu Liu odgrywający rolę Shang-Chi zachowuje się naturalnie i sprawia wrażenie sympatycznego. Co więcej, jego superbohaterski debiut sprawia, że przychylniej można spojrzeć na przyszłość czwartej fazy. Nie zobaczymy w niej Roberta Downeya Jr, Scarlett Johansson czy Chrisa Evansa, ale być może zostaną oni zastąpieni przez pokolenie, które w równym stopniu trafi do widzów starych oraz tych nowych. Zwłaszcza gdy partnerować im będą aktorzy, tacy jak Awkwafina i Tony Chiu-Wai Leung. Pierwsza stanowi doskonały comic relief i dopełnienie zgranego duetu z Simu Liu. Drugi na nowo kreuje postać Mandaryna, wcześniej „zagranego” przez Bena Kingsleya w Iron Man 3 (2013), antagonistę kompetentnego, niejednoznacznie negatywnego, budzącego poważanie. Pomiędzy nim a Simu Liu występuje chemia, czyniąca relację ojciec-syn bardziej autentyczną. Ta trójka przez ponad dwie godziny tworzy pierwszy plan, który ogląda się z nieskrywaną przyjemnością. Nie o samą przyjemność w tym filmie jednak chodziło. Przed jego premierą kwestią budzącą duże zainteresowanie było to czy Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni będzie dla kultury azjatyckiej tym, czym dla społeczności czarnoskórej była Czarna Pantera (2018). Azja dostała swojego reprezentanta w świecie superbohaterów, owszem, ale ten film nie ogranicza się wyłącznie do przedstawienia chińskiego folkloru i obyczajów szerokiej publice. Zwraca się do całych pokoleń młodzieży z różnych kręgów kulturowych, szczególnie do milenialsów i generacji Z, stanowiących większą część widzów produkcji Marvela. Próbuje zawrzeć przesłanie, upewnia wchodzących w dorosłość widzów, że mogą być sobą i wykonywać wybraną przez siebie pracę, jednocześnie czerpiąc z niej przyjemność bez poczucia presji i obowiązku ciągłego gonienia za sukcesem. Sukcesem, który często jest omylnie rozumiany. Poruszona jest tu też kwestia terapii, co prawda w jednym zdaniu, w dodatku o zabarwieniu humorystycznym, ale temat ten przestaje być w ten sposób tematem tabu. Można o nim mówić i nie trzeba się go wstydzić. Być może Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni nie odniesie takiego sukcesu kulturowego jak Czarna Pantera, ma w końcu inny wydźwięk, ale idzie w dobrym kierunku, poruszając sprawy dotąd zaledwie napoczynane i robi to w sposób nienachalny, a nawet subtelny. Kiedy w sieci pojawiły się kolejne zwiastuny najnowszej produkcji MCU, moje zainteresowanie zaczęło wzrastać. Urosło do tego stopnia, że zacząłem obawiać się zawiedzionych nadziei. Mniej więcej przy wspomnianej wyżej scenie w autobusie obawy te całkowicie zniknęły. Ich miejsce zajęła ekscytacja, to solidne widowisko dostarczające wiele przyjemności. Nastawia pozytywnie na to, co ma nadejść w trakcie nowej fazy kinowego uniwersum Marvela. Jednocześnie upewnia, że w pewnych kwestiach, między innymi chodzi tu o CGI, wymaga jeszcze pracy. Nie mniej jednak Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni to film udany i zdecydowanie warto jest się na niego wybrać do kin, aby w pełni oddać się seansowi. Warto też będzie do niego wrócić. Jarek Kowalewski Sylwia Roszczyk Shang-Chi i Legenda Dziesięciu Pierścieni tyt. oryg. Shang-Chi and the Legend of the Ten Rings reż. Destin Daniel Cretton 2021